- Chciałem panu tam na górce
„— Chciałem panu tam na górce pokazać jeszcze jedną sztuczkę z rękami, a pan mnie zdaje się źle zrozumiał — posłyszał koło swego ramienia usprawiedliwiający się głos.
— Bardzo miło się z panem gadało — odrzekł roztargnionym tonem i tak, jak gdyby nic się przedtem nie stało. — Trzeba uważać z tymi krzaczkami, bo są kłujące...
Górna część schodów zalana była światłem latarni. Wbiegł po nich. Na ulicy, nieco bezsennej, bo z bramy lunaparku wychodziły ściskające się parki, nie było żadnej taksówki. Barbra i Nadhorodecki zatrzymali się już na przystanku, pod słupem telegraficznym. Latarnia swoim nie mrugającym chłodnym światłem z bezstronną dumą odsłaniała niezwykłe rysy lekarza, Rudolfa Valentina z Włocławka. Niemal od razu nadjechał dzwoniący tramwaj... Ale przez cały czas podróży osiemnastką, przez most i dalej, Barbra i Wachicki ani razu nie spojrzeli na siebie. Zdaje mi się, że coś rozumie, pomyślał. A więc, jak to ona mówiła Aktor nie wyjmuje ręki z kieszeni szlafroka... A więc pamiętała, że Jones z kieszeni celował w Heysta, że miał w niej rewolwer... I że w ogóle groziło Heystowi wtedy coś przykrego... cha.
—A może pójdziemy gdzieś na jednego, a co — spytał nagle ze swą zwykłą dwuznacznością Teć. Przysiadł się na ławce obok.“(3)
<<<< Zaraz po kolacji „stójkowicze
| - Powiem ci coś jeszcze >>>>